Chapter Text
Sherlock budzi się w połowie zawału.
A przynajmniej takie to jest uczucie: ucisk w piersi, nieprzyjemne wrażenie ciepła w całym ciele.
Uczucie to nie jest mu w zasadzie nieznane. W latach, kiedy pozwalał sobie na kokainę, kilka razy faktycznie się tak czuł. Dwa razy skończyło się to pukaniem do wrót śmierci, chociaż ich progu nie przekroczył. Tak to opisał Mycroft, uciekając się do rzadkiej u niego przenośni, która jakoś oparła się wszelkim próbom wykasowania jej.
Pamięć Sherlocka to taka dziwna rzecz. Pamięta tę przenośnię, pamięta, jak to było, kiedy poprzednio przedawkowywał, ale za nic nie potrafi przypomnieć sobie haju, który musiał spowodować ten przytłaczający ucisk klatki piersiowej.
Chociaż…
Kiedy mocniej chwyta się skraju świadomości, otwiera oczy i odkrywa, że jest u siebie w łóżku – nie pamięta, żeby się do niego kładł – a w piersi obejmuje go czyjeś zaborcze ramię. Nie czyjeś, tylko, dość nieoczekiwanie, Johna. Kiedy i po co John wszedł Sherlockowi do łózka, Sherlock nie może pojąć.
Równie wielką tajemnicą jest to, dlaczego wygląda na to, że obaj są nadzy.
Sherlock w zasadzie nie ma nic przeciwko takiemu obrotowi sprawy, ale że nie pamięta, co do niego doprowadziło, jest on raczej dezorientujący. I w połączeniu z tym, jak ciasny jest uścisk Johna, ten brak danych prędko staje się nie do zniesienia.
Odsuwa się i siada na brzegu łóżka. Stopy stawia mocno na podłodze, ale myśli dalej mu wirują. Szybki rzut oka na zegar mówi mu, że jest prawie siódma rano. Jego ostatnie wspomnienie jest takie, że wczesnym popołudniem leżał na kanapie z bólem głowy na tyle ostrym, że John się nim martwił. Najwyraźniej sporo się od tego czasu wydarzyło. Sądząc po tym, jak coś go trochę szczypie – tak nieznacznie, że gdyby nie robił w myślach przeglądu całego ciała, to by tego nie zauważył – wydarzyło się między innymi coś seksualnego. To tłumaczy, dlaczego on i John są na golasa w łóżku, ale jak, na boga, przeszli od bycia przyjaciółmi do bycia kochankami w kilka krótkich godzin?
— Łazienka — mamrocze za jego plecami John i to słowo jest jak wstrząs elektryczny. Sherlock prawie zrywa się na równe nogi.
— Co? — pyta, mimo że nagle zasycha mu w gardle.
John nie otwiera oczu, ale po szerokim ziewnięciu zaraz odpowiada:
— Idź do łazienki. Popatrz sobie na przedramię. Potem w lustrze na pierś. Potem wracaj do łóżka, bo jest cholernie wcześnie. Za wcześnie na wstawanie.
Nie ma to najmniejszego sensu i Sherlock ma to właśnie powiedzieć, kiedy dostrzega coś po wewnętrznej stronie swojego lewego przedramienia. Jedynym źródłem światła jest budzik, widzi więc tylko sporą plamę, coś ciemnego na swojej bladej skórze. Marszcząc brwi, wstaje i idzie do łazienki. Światło go oślepia i musi najpierw trochę pomrugać, ale zaraz patrzy sobie na rękę i widzi, że ta plama to tatuaż.
W pierwszej chwili myśli, że to okropne. Jak mógł zrobić swojemu ciału coś tak niedorzecznego?
Druga myśl jest taka, że tatuaż jest zagojony. Nie widzi zaczerwienienia ani opuchlizny. Ma go od jakiegoś czasu. Ale jak to możliwe? Jeszcze kilka godzin temu nie miał żadnego tatuażu.
Dalej zauważa, że jest to jakiś napis i to jego pismem. Nie mógłby go nie rozpoznać. Jest dla niego tak wyraźne – i tak charakterystyczne – jak jego własna twarz. Co oznacza, że musiał sam te słowa zapisać i dać tatuażyście, żeby je precyzyjnie skopiował.
Same słowa docierają do niego ostatnie. Albo może przeczytał je od razu, tylko odepchnął od siebie ich znaczenie, zbyt wytrącony z równowagi, żeby dopuścić je do siebie w pierwszym momencie. Ale nie może ich zignorować. Nie w sytuacji, kiedy zaczynają wyjaśniać, co się tutaj dzieje.
Wytatuowany na jego przedramieniu tekst brzmi „Rozpoznano u mnie amnezję następczą”.
Przebiega palcem po tych słowach i jednocześnie sięga do biblioteki medycznej w swoim pałacu myśli. Biblioteka jest dokładnie na swoim miejscu, podobnie, z tego co widzi, wszystko inne, ale coś mu nie pasuje, coś nie dającego się dookreślić, a jednak wrażenie, że coś jest nie tak, towarzyszy mu uparcie jak ukłucie u podstawy czaszki, w miejscu, gdzie czuje się o wiele za bardzo bezbronny. Ignoruje to poczucie najlepiej, jak potrafi, i znajduje definicję amnezji następczej. I bez tego wie, co to jest, ale potrzebuje tych słów, musi to ująć w jakieś ramy, zrobić z tego dane, nie lęk. Musi też upewnić się, że to tylko amnezja następcza, a nie coś więcej.
„Amnezja następcza to utrata zdolności tworzenia nowych wspomnień po zdarzeniu, które amnezję spowodowało, prowadząca do częściowej lub całkowitej niezdolności przypominania sobie niedawnej przeszłości, podczas gdy powstałe przed tym zdarzeniem wspomnienia w pamięci długotrwałej pozostają nienaruszone.”
Z ulgą uświadamia sobie, że ten tekst z dziedziny medycyny pamięta doskonale. Zamykając drzwi do biblioteki, przenosi się na werandę i wybiera na chybił trafił jedną roślinę. Abrus precatorius. Powtarza sobie objawy zatrucia, przenosząc się do innego pomieszczenia, zanim informacja ta zdąży przesączyć się przez świadome warstwy jego umysłu.
Jeszcze pięć pokoi pałacu i pięć losowo wybranych danych. To oczywiście niczego nie dowodzi, ale sugeruje, że jego pamięć długotrwała rzeczywiście jest nieuszkodzona. Oddech trochę mu się uspokaja.
„Rozpoznano u mnie amnezję następczą.”
Jego wiadomość do samego siebie, bo tym najwyraźniej jest, wydaje się prawdziwa.
Przypomina sobie, co powiedział John, i… Jak dawno temu to było? Co najmniej pięć minut temu. Niektórzy ludzie z amnezją następczą zapominają wszystko prawie natychmiast, ale Sherlock pamięta, jak obudził się z przerzuconą przez jego pierś ręko Johna, pamięta, co John powiedział. Ile ma czasu, zanim zapomni?… W każdym razie przypomina sobie, co powiedział John, i patrzy z góry na swoją pierś. Jest tam drugi tatuaż, ale litery są odwrócone.
Podchodzi do lustra i przygląda się z bliska. Znów jego pismo. Trzy linijki tekstu. Ostatnia wygląda na świeższą niż dwie pierwsze: krawędzie są lekko opuchnięte i zaczerwienione. Nie myśląc, dotyka imienia Johna. Oddech zupełnie wraca mu do normy.
Zapamiętuje wytatuowane słowa: uczy się ich na pamięć, chowając je w pokoju muzycznym w pałacu myśli. Każdą linijkę reprezentuje jedna postawiona na fortepianie kartka nut. Właściwie to niemądre, zakładając, że rozpoznanie jest prawidłowe, ale przez ponad pół życia postępował tak z istotnymi informacjami i nie może teraz tak po prostu przestać. Potem ogląda się dokładnie, szukając dalszych tatuaży, dalszych wiadomości. Nie znajduje nic. Następnie dotyka czaszki opuszkami palców, badając każdy jej cal, szukając blizn albo wgnieceń. Też nic.
Stał nagi w łazience tak długo, że robi mu się zimno, więc wchodzi pod prysznic i dygocze przez kilka sekund pod zimną wodą, póki nie doleci ciepła. Po prostu tak stoi ze schyloną głową, ponownie przeglądając wspomnienia.
Najczęstszą przyczyną amnezji następczej jest uraz mózgu, ale nie znalazł nic, co by wskazywało na to, że coś takiego mu się stało. Zdarza się też, że winny jest wstrząs emocjonalny, ale Sherlockowi nie chce się wierzyć, że pozwoliłby, żeby emocje spustoszyły mu mózg; już nie. Inną, dużo rzadszą przyczyną amnezji następczej, ale nie niespotykaną, jest zapalenie mózgu.
A ostatnie, co jako tako wyraźnie pamięta, to że bolała go głowa. Miał też chyba gorączkę.
Wychodzi spod prysznica, wyciera się i zakłada wiszący na drzwiach szlafrok. Pewnym krokiem wraca do sypialni i zanim podejdzie do łóżka, zapala światło. John wydaje odgłos sprzeciwu i naciąga na głowę poduszkę.
— John — mówi ostro Sherlock. — Czy ja miałem zapalenie mózgu? Czy tak się to stało? Kiedy to było?
Ale John nie odpowiada.
Sherlock ściąga mu z głowy poduszkę i łapie go za ramię. Ledwo zauważa bliznę pod palcami, kiedy za nie ciągnie i przewraca Johna na plecy.
— John. Obudź się. Musisz mi powiedzieć…
Sherlock zapomina, o co miał zapytać, kiedy widzi trzy linijki tekstu na piersi Johna, odpowiedzi na jego własne trzy. Nie są odwrócone. Nie mają być czytane w lustrze. Są dla niego.
Dwie pierwsze zostały wytatuowane czcionką przypominającą pismo maszynowe. Ostatnia jest lekko rozmazana, nie wytatuowana, tylko napisana niezmywalnym markerem, ręką Johna. Oto one:
To prawda.
Tak zrobiłeś.
Nie zrobię tego.
Sherlock zsuwa dłoń z ramienia Johna i dotyka zamiast tego tych prostych oświadczeń. Jedna z rąk Johna unosi się i przykrywa jego dłoń, dociskając ją mocno do Johnowego serca.
— Masz pytania — mówi zmęczonym głosem John, mrużąc oczy przed światłem — ale spaliśmy tylko trzy godziny, a to o wiele za mało, żebym mógł normalnie funkcjonować. Na kanapie leży twój dziennik. Daj mi jeszcze dwie godziny, zanim znowu przeprowadzimy tę rozmowę, dobrze?
Sherlock niemo kiwa głową. Próbuje zabrać dłoń, ale John jej nie puszcza, tylko podnosi ją sobie do ust. Zanim go puści, przyciska do wnętrza dłoni pocałunek. Dotyk ten jest jednocześnie obcy i dziwnie znajomy i sprawia, że Sherlock chce wrócić do łóżka i zacząć zadawać pytania, które mają niewiele wspólnego z amnezją. Zamiast to zrobić, podnosi z podłogi spodnie z piżamy i wychodzi z pokoju, wyłączając światło i prawie potykając się o własne nogi, kiedy John mruczy:
— Dzięki, słońce.
Nie pamięta, żeby ktoś go tak kiedyś nazwał, nie w tym znaczeniu. Nawet sobie nie wyobrażał, jakie to będzie miłe.
Dziennik, o którym wspomniał John, to niebieski zeszyt, nieciekawy z dokładnością do napisanych na okładce dużymi literami, znów pismem Sherlocka, dwóch słów: „Przeczytaj mnie”.
Sherlock siada i otwiera zeszyt na pierwszej stronie. Pierwsze zdanie odpowiada na dokładnie te pytania, które zadał Johnowi.
2 czerwca rozpoznano u mnie ostre zapalenie mózgu.
Czyta dalej o szpitalu, o leczeniu, ale jego uwagę odciąga notatka na marginesie, również zrobiona jego pismem, ale na niebiesko, nie na czarno.
Pod żadnym pozorem nie rozmawiaj z Johnem o chorobie. John dalej czuje się trochę winny, że nie rozpoznał jej wcześniej, i obwinia się o efekty. 29.06
Kilka linijek niżej inna uwaga na marginesie brzmi Próbowałem zauważyć, że to nie jego wina. Źle to przyjął. 20.07.
I jeszcze jedna, jeszcze niżej: Znowu próbowałem. John dalej reaguje nieracjonalnie. 14.08.
Tak ogólnie rzecz biorąc, notatki na marginesach mówią Sherlockowi tyle samo co sam dziennik. Jego choroba, leczenie i powrót do zdrowia zajmują dwie strony i siedem takich notatek. Potem następuje krótkie wyjaśnienie tego, kiedy może się spodziewać stracić wspomnienia z pamięci krótkotrwałej.
To niedoskonała przenośnia, ale dalej ma swoje zastosowanie. Jeżeli moja pamięć długotrwała to mój dysk twardy, to pamięć krótkotrwała to pamięć operacyjna. Od czasu choroby dysk twardy jest tylko do odczytu. Nowe dane zapisywane są w pamięci operacyjnej i póki nie zasnę, mogę z nich korzystać. Zaśnięcie – „wyłączenie się” – czyści pamięć operacyjną, przywracając system do stanu, w którym był przed chorobą.
Notatka na marginesie informuje go, że w sierpniu raz wytrzymał bez snu dziewięć dni. Obok inna ostrzega go, że John zagroził, że uśpi go siłą, jeśli jeszcze kiedyś spróbuje nie spać dłużej niż trzy dni. Następna stwierdza, że to przenegocjowali i w czasie ważnych spraw John pozwoli mu nawet na pięć dni, pod warunkiem, że Sherlock z kolei pozwoli mu monitorować swój stan i powie mu o wszelkich halucynacjach i objawach paranoi, jak tylko się pojawią.
Dalej jest strona o muzyce, i o tym, że od czasu choroby Sherlock skomponował trzy utwory, z których jeden zajął mu kilka tygodni. To zaskakująco kojąca informacja, nawet jeśli Sherlock nie pamięta żadnej z tych kompozycji.
Następnych kilka stron poświęconych jest temu, jak różni ludzie obecni w życiu Sherlocka reagują na jego stan i związane z nim ograniczenia. Są tam rady na temat tego, co mówić i czego nie mówić, żeby do minimum ograniczyć nudne momenty sentymentalizmu.
Od tego miejsca zeszyt bardziej przypomina dziennik – tak nazwał go John – bo opisuje sprawy kryminalne i ich rozwiązania. Sherlock rzuca okiem na kilka z nich, po czym przewraca kartki i zagląda do dalszej części zeszytu. Wciąż jest w nim sporo czystych kartek, ale aż kłuje w oczy, że jednego zestawu danych brakuje. Nie licząc notatek na marginesach w zeszycie nie ma nic na temat Johna, a już zdecydowanie nic, co by wytłumaczyło jego obecność w łóżku Sherlocka, tatuaże na jego piersi czy tatuaże na piersi Johna. Ten brak informacji musi mieć swoją przyczynę. I to dobrą, bo Sherlock widzi, że cały czas uzupełniał dziennik. Ostatnia sprawa ma datę 14 listopada. Sherlock dostrzega na stoliku swój telefon, idzie po niego i sprawdza, jaki jest dzień.
Piętnasty listopada.
Wygląda na to, że zrobił ten wpis ledwo kilka godzin temu. A jednak kiedy do niego wraca i czyta z uwagą swoje własne opisy miejsca zbrodni i zamordowanych ofiar, umysł nie podsuwa mu zupełnie niczego. Jest tak, jakby czytał powieść – i dokładnie tak samo jak przy czytaniu powieści domyśla się, kto był winny, zanim skończy. Przez moment zastanawia się, czy nie przypomniał sobie odpowiedzi – ale nie, tylko ją wydedukował. Było to o tyle łatwiejsze, że zapisał tylko istotne wskazówki, bez takich, które pisarz zamieściłby dla zmylenia czytelnika.
Kładzie się na kanapie, stawia sobie zeszyt na piersi i uważniej ogląda telefon. Na pulpicie jest ikona podpisana „WATYKAŃSKIE KAMEE”. Otwarcie jej wyświetla krótką wiadomość.
WAŻNE. Jeżeli właśnie się obudziłeś, i nie ma z tobą Johna, natychmiast do niego zadzwoń. Jeżeli od razu nie odbierze, zadzwoń do Mycrofta. Nie wysyłaj SMS-ów. ZADZWOŃ.
SH
Sherlock zamyka plik i przegląda swoje wiadomości. Wyglądają całkiem zwyczajnie. Wszystkie jego rozmowy z Lestrade’em dotyczą spraw. Te z Mycroftem są równie złośliwe i dziecinne co zawsze – bogu dzięki. Wiadomości do Johna jest niewiele i Sherlock domyśla się, że to dlatego, że John jest na ogół przy nim. Przewija je do tyłu i znajduje trzy jednowyrazowe. Dwa razy napisał „Halucynacje”. Raz – „Zasypiam”. Za każdym razem John natychmiast odpowiadał „Już jadę” albo „Czekaj na mnie”.
Odkłada telefon i zeszyt, składa palce pod brodą w wieżyczkę i próbuje się odprężyć, zanim wejdzie do pałacu myśli. Wcześniej w łazience przeprowadził szybką kontrolę, chodził na skróty. Teraz podchodzi do pałacu z zewnątrz i wchodzi w myślach po jego frontowych schodach, upewniając się, że każdy wskaźnik jest tam, gdzie jego miejsce.
Trzy kartki, które ustawił wcześniej na fortepianie dalej tam są i dalej są wyraźnie czytelne. Sherlock ponownie sięga po telefon i robi dla siebie notatkę.
15.11. Zostawiłem w PM na fortepianie trzy arkusze nut. Czy dalej tam są?
Odkłada telefon, raz jeszcze zamyka oczy i wraca do pokoju muzycznego. Pomieszczenie po pomieszczeniu robi obchód pałacu, obchód i inwentaryzację, a po jakimś czasie niejasno uświadamia sobie, że w mieszkaniu coś słychać.
Szum wody. Kroki. Czajnik. Stuk porcelany o drewno. Wszystkie te odgłosy są tak znajome, że nie wybijają go z rytmu. Głos Johna przeciwnie. Ale może to nie tyle jego głos, co palce przeczesujące mu włosy.
— Kawa czy herbata?
— Jestem zajęty — odpowiada Sherlock, przekrzywiając głowę tak, żeby John nie mógł do niej sięgnąć. — Robię…
— Kontrolę w pałacu myśli, tak — mówi John i trochę przy tym wzdycha. — Uwierzyłbyś mi, gdybym powiedział, że nie znajdziesz nic, co by było nie tak?
Następnej kwestii nie wypowiada na głos: „Nigdy nie znajdujesz.”
Jakąś swoją częścią Sherlock chce zaprotestować, że nie będzie wiedział na pewno, póki tego nie zrobi. Ale John to właśnie ma na myśli, prawda? Sherlock już to robił. Zapewne nieraz, skoro taki był jego pierwszy instynkt. Mało prawdopodobne, żeby rezultat był inny tym razem niż poprzednio, a przecież chyba John by wiedział, gdyby już wcześniej odkrył, że coś jest nie tak.
— Kawa — mówi, otwiera oczy i patrzy na Johna.
John ma na sobie frotowy szlafrok, zawiązany z przodu ciasno, tak, że zasłania mu pierś. Sherlock żałuje, że nie widzi już napisów na jego skórze.
Z nieznacznym uśmiechem John kiwa głową i wraca do kuchni. Przychodzi z powrotem, niosąc dwa kubki. Sherlock siada, bierze swój i lekko zdezorientowany patrzy, jak John siada na drugim końcu kanapy, podnosząc najpierw na chwilę stopy Sherlocka, żeby zaraz położyć je sobie na kolanach. Palce dalej ma wokół prawej kostki Sherlocka, i jest to gest równie zaborczy co ten, którym trzymał go, kiedy Sherlock się obudził.
Upiwszy łyk kawy, John mówi:
— No, dalej. Wiem, że masz pytania, a zawsze cię irytuje, kiedy na nie odpowiadam, zanim je zadasz.
Zamiast na Sherlocka patrzy prosto przed siebie. Dlaczego? Nie jest to coś, o co Sherlock zapyta, ale zdecydowanie go to zastanawia.
— Dlaczego w moim dzienniku nie ma nic o tobie?
John kiwa głową, jakby się tego pytania spodziewał.
— Na moją prośbę. Wydaje mi się, że nie powinieneś dowiadywać się o nas z notatki na papierze. Wolę sam ci mówić.
Nas. Usta Johna układają się w to słowo z łatwością. Inne pytanie, które pozostanie niewypowiedziane, brzmi: dlaczego to słowo sprawia, że Sherlock się czuje, jakby mu wszystko w środku tańczyło taniec ludowy?
— Od jak dawna jesteśmy „my”? — pyta zamiast tego.
Usta Johna układają się w nieśmiały uśmiech. Zanim odpowie, chowa go w kubku.
— Od piątego września.
Sherlock przypomina sobie, co przeczytał w zeszycie, i dostrzega dwa powiązania. Tego dnia rozwiązał sprawę pewnego morderstwa. I tego samego dnia zanotował, że John zgodzi się na dłuższy okres bez snu, do pięciu dni. Jednak jaki jest związek między tymi trzema rzeczami, nie potrafi zgadnąć.
— I to wtedy…? — Nie wie, jak to powiedzieć. Z zasady nie przemawiają do niego wielkie słowa, ale coś w nim czuje ból na myśl, że te akurat słowa padły, a on tego nie pamięta. W roztargnieniu dotyka swojej piersi i wytatuowanego tam napisu. Ten ruch ściąga na niego wzrok Johna.
— Wtedy to powiedziałem, tak — mówi cicho John, cicho, ale nie tak cicho, żeby Sherlock nie usłyszał, jak łamie mu się głos.
Sherlock bezwzględnie nienawidzi tego, że musi zapytać:
— I co się stało?
John robi rozbawioną minę.
— Co się stało? To się stało, że wybiegłeś z domu. Nie było cię trzy godziny. Śmiertelnie mnie wystraszyłeś. Musiałem zadzwonić do Mycrofta i poprosić go, żeby cię poszukał. W końcu wróciłeś, zanim cię znalazł. I miałeś na piersi — John puszcza kostkę Sherlocka, wyciąga rękę i przebiega palcami po dwóch pierwszych linijkach tekstu na jego skórze — to. Powiedziałeś, że chcesz to tam mieć, bo są to dane równie ważne co diagnoza twojej choroby i coś, czego nigdy nie powinieneś podważać.
Dalej drżąc od krótkiego dotyku Johna, Sherlock patrzy z góry na napis. Brzmi to jak coś, co Sherlock by powiedział; łatwo mu w to uwierzyć.
— Czyli… powiedziałeś… powiedziałeś to. A ja od razu wybiegłem? Więc tak naprawdę ci tego nie powiedziałem?
John uśmiecha się trochę szerzej.
— Nie przyszło ci wtedy do głowy, że może wolałbym to usłyszeć, niż patrzeć, jak uciekasz. Głupolu jeden.
Który raz John mu to opowiada? Czy zawsze na koniec nazywa go głupolem? Frustrujące jest to, że nie wie. Frustrujące jest też to, że nie wie, jak brzmi głos Johna, kiedy to mówi, ani jak układają mu się na tych słowach wargi, ani czy robią mu się takie małe zmarszczki w kącikach oczu, takie, jakie miał zawsze, kiedy mówił o…
— Co z Mary?
Żałuje tego pytania, ledwo je wypowie – ledwo uśmiech Johna ustąpi miejsca wyrazowi bólu. Czekając, aż John odpowie, Sherlock robi w myślach notatkę. Zanim pójdzie spać, musi zapisać w dzienniku:
Nie wspominaj o Mary.
— Rozstaliśmy się — mówi cicho John, teraz patrząc w kubek. — Już i tak nam się to chwiało, a potem…
Z jego pełnego napięcia wzruszenia ramion Sherlock wyczytuje jedno słowo: „choroba”. To on jest powodem, dla którego przestało się chwiać i zupełnie się posypało. Ma wrażenie, że może na miejscu byłyby jakieś przeprosiny, ale to byłaby obłuda. Nigdy nie lubił Mary, nigdy nie podobało mu się to, jak mało czasu sam fakt jej istnienia zostawiał Johnowi na przyjaźnienie się z nim – i jest w miarę pewny, że ta antypatia była odwzajemniona. John wybaczył mu sfingowanie własnej śmierci – chociaż potrzebował trochę czasu – ale Mary zawsze znalazła jakiś powód, żeby do tego wrócić.
— Chciałbym usłyszeć, jak to mówisz — mówi nagle Sherlock, siadając prosto i krzyżując nogi przed sobą. — Nie potrafię sobie wyobrazić, jak te słowa brzmią, wypowiedziane twoim głosem, i denerwuje mnie to.
Na twarz Johna powraca uśmiech, trochę krzywy, trochę łagodniejszy niż wcześniej. John obraca się bokiem na kanapie, siada z jedną stopą dalej na podłodze, a drugą podwija pod siebie i obraca się przodem do Sherlocka.
— Nie-e. To nie tak działa. Już to przerabialiśmy i czegoś się wtedy nauczyłem. Usłyszysz to, tylko jak sam pierwszy to powiesz.
Sherlock otwiera oczy szeroko z oburzenia.
— Będziesz mnie szantażował?
John śmieje się cicho.
— Skoro masz prawdę wytatuowaną na piersi, to czy to jest szantaż?
Zerkając ponownie na swoją pierś, Sherlock dotyka drugiej linijki, przebiegając palcami po słowach od lewej do prawej, kiedy wypowiada je na głos:
— Powiedziałem Johnowi, że go kocham. — Policzki strasznie go palą, kiedy podnosi głowę i napotyka wzrok Johna. — Nigdy… Nigdy tego nikomu nie mówiłem.
Nigdy nie chciał, póki nie poznał Johna, ale nawet wtedy przegapił szansę, żeby to powiedzieć – a przynajmniej tak mu się zdawało.
John zabiera mu z rąk kubek i odstawia go na podłogę razem ze swoim. Potem przysuwa się trochę bliżej i kładzie Sherlockowi dłoń na karku. Dziwne, jaki ten gest wydaje mu się znajomy. Niewymuszony.
— Mówiłeś to mnóstwo razy — mówi John. — I równie często słyszałeś. Ale że taki z ciebie szczęściarz, usłyszysz znowu, jakby to był pierwszy raz. Gotowy?
Sherlocka ściska w gardle. Kiwa głową. John nachyla się jeszcze bliżej, aż będzie mógł szepnąć przy samych ustach Sherlocka:
— Kocham cię.
