Chapter Text
To miał być kolejny zwyczajny dzień. Ale piękny rześki poranek przeistoczył się w piekło, na które nie zasługiwałby żaden z śmiertelnych grzeszników. Ale oczywiście Chris znalazł się pośrodku tego chaosu i poza tym, że nie miał jakiegokolwiek pojęcia co się właściwie dzieje, był pewien jednego: sam chciałby znaleźć się gdziekolwiek indziej.
Zajmował się właśnie swoimi sprawami, kiedy nagle jego drzwi otworzyły się z hukiem, by za chwile wpadł przez nie na wpół przemieniony Peter. Wystrzelił ku niemu jak z procy i nim Chris zdążył zareagować, powalił na ziemię. Należą mu się plusy za zaskoczenie, fakt, i powalenie łowcy, ale każdy łowca może pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji w sprawach wilkołaków, szczególnie jeśli musi liczyć rachunki i podatki. Nie wiele jest momentów w życiu mężnych myśliwych, kiedy są wrażliwi na ataki, ale polityka podatkowa państwa i obliczanie procentów i późna pora, jest właśnie takim momentem i nie ma się czego wstydzić. Tak więc, kiedy Chris uderzył w podłogę za własnym stołem kuchennym przy którym pracował, jego myśli nadal błąkały się wśród przepisów, paragrafów i cyrografów. Peter przez chwilę wisiał nad nim nieruchomo, po czym, jakby uspokojony, zaczął szaleć po jego mieszkaniu. Oniemiały łowca przyglądał się na nie dorzeczne działania szaleńca w jego domu, wyglądające jak przygotowanie się do ataku atomowego. Peter wpadł do jego sypialni i kiedy Chris odważył się zerknąć przez drzwi, zobaczył że materac wylądował na podłodze. Pozostałości łóżka wyrzucone zostały na korytarz. Wspaniale, a więc Peter dostał jakiegoś szału przemeblowywania domów innych ludzi.
Była taka chwila na początku, kiedy myślał że Peter chce go zabić, nie byłoby to zaskoczeniem, że wujek Dereka, o wątpliwej moralności, nagle zwraca się przeciwko niemu. Nigdy nie pałali do siebie sympatią zresztą trudno tu winić jakąkolwiek ze stron, a jeśli już to bezsprzecznie obydwie. Ale wpadanie do jego domu i rozwalanie mieszkania? To naruszało wszelkie granice. Granice dobrego wychowania.
Peter właśnie wypadł z jego sypialni i zaczął przerzucać wszystkie poduchy z kanapy do sypialny, kiedy zadzwonił telefon. Chris odebrał, obserwując jak Peter rozrzuca koce po całej podłodze.
- Halo?
- Panie Argent, mamy…ekhem… mały kłopot! – Scott naprawdę powinien nauczyć się definicji eufemizmu. – Czarownica rzuciła jakieś zaklęcie na Dereka i Petera i teraz Derek zachowuje się jakby stracił wszystkie zmysły. – Brzdęk tłuczonego szkła a w tle „Nie, zostaw to, NIEDOBRY DEREK, siad!” – Stiles próbuje się dowiedzieć jak to przerwać, ale mamy chwilowe trudności…
- A co z Peterem? – Argent spojrzał na podłogę jego pokoju, która zamieniła się w gąszcz materaców poduch i koców. Nawet nie wiedział że ma w domu tyle koców, o, tamten w kratkę to jeszcze miał chyba na studiach.
- No właśnie, tak jakby, straciliśmy go z oczu - głos Scotta byle lekko spięty –
- Scott, uspokój się, i jeszcze raz powiedz co się stało. Jak czarownica? – Przetarł ręką twarz i skierował się do wyjścia, chcąc zamknąć Petera w mieszkaniu, z dala od ludzi i normalnie funkcjonującego społeczeństwa. Lepiej niech zostanie w zamkniętym pomieszczeniu ze swoją fortecą, i najlepiej bez Chrisa w środku. Z chwilą, kiedy już był prawie na zewnątrz, usłyszał warknięcie i silne ramie chwyciło go, wciągając z powrotem do wnętrza. Dobra, więc może go pilnować w mieszkaniu. Peter wstawił go do salonu, warknąwszy jeszcze ostrzegawczo i wrócił do… tego cokolwiek robił.
- Była tam czarownica, i Hale’owie i Stiles właśnie z nią rozmawiali, ale Peter obraził ją, no i Derek i Peter dostali jakimś zaklęciem. Na początku biegali po lesie jak szaleni, a czarownica stała i śmiałą się, i Stilas też trochę się śmiał, zresztą to w sumie się nie dziwię, sam chciałbym to zobaczyć. No i wtedy Derek złapał Stilasa i zaczął go ciągnąć do swojego domu. Nie wiem co z Peterem – Scott złapał na chwile oddech – Zanim pobiegłem za Derekiem, ta szalona kobieta powiedziała, żeby lepiej nie wchodzić im w drogę, bo jak to ujęła, „ wyciągnęła ich zwierzęce instynkty na wierzch, choć są tak niewychowanymi głupcami ze pewnie rodzona matka nie poznałaby różnicy” i jeszcze coś, że szykują sobie legowiska jak to mają w naturze i chętnie by została popatrzeć, ale ma inne plany na wieczór.
Chris próbował przetrawić bełkot, który usłyszał od Scotta. Wygląda na to że chłopak miał racje, jeśli forteca z jego poduszek nie była wystarczającą wskazówką.
- Scott, Peter jest u mnie. Powiedz mi lepiej jak mu przemówić do rozsądku, żeby nie niszczył moich mebli.
- U ciebie? W domu? – Zdziwienie był autentyczne. Tak, on też się zastanawiał czemu Peter Hale uważał instynktownie, że robienie legowiska w domu łowcy będzie wspaniałym pomysłem.
- Tak, Scott- starał się być wyrozumiały i cierpliwy – u mnie, w moim domu robi sobie legowisko z mojego materaca i mojej kanapy. – Zerknął na aktualne czynności Petera.- i wycieraczki.
Cisza była oszałamiająca. Scott chrząknął niezręcznie jakby coś jeszcze nie zostało powiedziane. I Chris czuł że to milczenie kryło pewnie jakieś okropne wieści. Może warto wziąć z parę nabojów, żeby w razie czego spowolnić oszalałego Petera.
- Ten, no. Oni robią to legowisko, bo - zawahał się przez chwile – U Dereka to było oczywiste, ale nie sądziłem że Peter… Derek robi legowisko dla Stilasa. – Chris oczyma wyobraźni widział jak Scott skręca się w środku. - Nie pozwala mi nawet wejścia do swojego domu, ale Stilesa nie chce wypuścić. Właśnie stoję przed jego drzwiami.
Ach, więc to próbował mu powiedzieć Scott, który był na tyle miły i taktowny, że chciał uniknąć mówienia czegokolwiek wprost. Peter nie jest tu, bo sądzi, że Chris ma najlepsze kanapy w BH. Peter jest tu bo to jest mieszkanie Chrisa, jego poduchy, kanapy, i nieprawdopodobnie stary koc ze studiów który ma więcej dziur niż tkaniny było pierwotnie.
Spojrzał na Petera którego oczy lśniły z mroków sypialni, pomieszczenia, którego już nie rozpoznawał chociaż spędził w nim parę ostatnich lat.
- Czy jest jakiś sposób, żeby się z nimi porozumieć?
- nie wiem, Derek wyglądał na komunikatywnego.
- Dobra, Scott, zostaw Dereka, Stiles powinien być bezpieczny.
- Ale nie muszę wchodzić do środka? Bo jest tam podejrzanie cicho od jakiegoś czasu i zastanawiam się czy oni nie…
- Nie, Scott, jeśli tam wejdziesz Derek odbierze cię jako zagrożenie dla swojego.. - Naprawdę nie chciał używać tego słowa –… partnera. Może cię zaatakować, a w tym stanie nie będzie się powstrzymywać. On w tej chwili działa na czystym instynkcie.
- Jest pan pewien? A Peter i pan –
- Leć do Deatona, Scott. Tylko on może wiedzieć jak naprawić tę katastrofę.
- Okej, powodzenia – rozłączył się
Chris westchnął i odłożył słuchawkę na blat. Wyciągnął z szafki butelkę czegoś mocniejszego i pociągnął solidnego łyka. Odstawił ją z powrotem na miejsce i sięgnął nad szafkę, czując pod palcami chłód metalu. Broń na czarną godzinę, wysokość niedostępna dla dzieci, niewidoczna z każdego miejsca w mieszkaniu. Pociski upchane gdzieś w szufladzie. Załadował. Tylko spowolnią, bo są bez tojadu. Odbezpieczył.
- Peter? Słyszysz mnie? – spojrzał czeluść sypialnianą i dwoje oczu.
- Chris – było to bardziej warknięcie niż cokolwiek innego, ale na początek mógł z tym pracować.
- Chcę żebyś wyszedł i porozmawiał ze mną. – Powiedział najmilszym głosem na jaki było go stać.
Milczenie wyrażało jasno zdanie wilkołaka na temat wychodzenia. Ale nie było mowy, żeby stawił mu czoło na plątaninie resztek mebli.
- Jeśli nie chcesz wyjść, to nie mam zamiaru tu zostawać –powiedział cofając się do drzwi, cały czas uważnie obserwując Petera
Warczenie przybrało na sile. Wolno stawiał kroki i był już prawie przy drzwiach, kiedy Peter wyskoczył i ruszył w jego kierunku. Zdążył oddać dwa strzały, które ani trochę, psia jego mać, nie spowolniły mężczyznę. W najlepszym wypadku Peter był bardzo silny i szybki, ale teraz to był niczym wilkołak na sterydach.
Jego partner groził odejściem z legowiska, gdzie powinien być tam teraz z nim, gdzie byłby bezpieczny i pod opieką Petera. Specjalnie miejsce dla nich dwojga nad którym sam się napracował. Wiedział że postępuje jak szaleniec i z chwilą kiedy to prymitywne gorączkowe uczucie zapewnienia opieki nad Chrisem minie i wróci do swojego starego nonszalanckiego ja, poczuje stratę szacunku bardzo boleśnie. W tej chwili najważniejsze było przetransportować jego niedorzecznego partnera tam gdzie jego miejsce. Znalazł się przy łowcy, ale ten przygotowany na to zrobił uskok, wpakował dwie kulki w nogi Petera i natychmiast zrobił taktyczny odwrót do swojego gabinetu by przegrupować siły.
Ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi, kiedy Peter wyrżnął o nie z całej siły. Zraniony skowyt dobiegł zza wzmocnionych drzwi. Nie tracąc czasu, Chris wyciągnął inną broń, oraz środek uspakajający zdolny powalić słonia. Tak łatwo się nie da. Nadal załadowując broń przyłożył ucho do drzwi. Peter wciąż tam był, choć kiedy uświadomi sobie, że nie przedrze się do pomieszczenia, może spróbować kombinować. Albo zirytowany zdemoluje resztki jego mebli.
- Chris, bawisz się w kotka i myszkę? – Głoś Petera był stłumiony i nienaturalny. Widać sporo wysiłku włożył w wyartykułowanie tych paru słów.
- Czy to twój zwyczajowy sposób na uwodzenie kogoś?
- Wyłaź, to ci pokażę – nie wiedział czy to była groźba czy obietnica.
- Zrobimy tak, ty przywrócisz do porządku moje mieszkanie, wtedy się zastanowię
Czekał chwile na odpowiedź ale żadna nie nadeszła. Po drugiej stronie panowała niespodziewana cisza, która nie wróżyła nic dobrego. Chris sprawdził raz jeszcze środek usypiający, otworzył drzwi. Petera nie było w zasięgu wzroku co nie oznacza, że nie czai się gdzieś. Może znów jest w sypialni.
- Peter, wyszedłem, czy to wszystko co masz do zaoferowania? –
Peter oczywiście wyskoczył zza rogu. Chris wystrzelił w niego swoją ostatnią deskę ratunku. Wilkołak zwolnił, ale nie zatrzymał się, tylko zataczając osaczał Argenta. Mimo nieskoordynowanych ruchów nadal był silny. Chris zastanawiał się czy to kwestia odporności Petera na środek uspakajający, czy wpływ zaklęcia. Kiedy wilkołak sięgnął po niego, wykorzystał jego kluskowatość i przyłożył mu w brzuch na tyle, żeby zgiął się w pół. Peter nie zostawał jednak w tyle.
To była dziwna szarpanina. Peter nie chciał tak naprawdę zranić Chrisa, co było widoczne w jego powściągliwych, choć stanowczych ruchach. Jednocześnie starał się zaciągnąć go do sypialni, w czym Chris skutecznie mu przeszkadzał. Jeden z nich przeleciał nad stołem tłukąc cudem ocalały (teraz już nie) wazon. Zaraz potem mocne uderzenie ciałem o ścianę zwaliło lustro wiszące w pobliżu. Łowca czuł jak żebra go bola, a krew szybciej krąży w żyłach. Zdaję się, że rozciął wargę, gdy miał kontakt bliskiego stopnia z wieszakiem na parasole, którym chciał dźgnąć Petera. Kto by pomyślał że rykoszet może być taki nieprzyjemny.
Po chwili, kiedy w najlepsze turlali się po ścianach przewracając wszystko na swojej drodze, Chris zapomniał już o co właściwie chodzi. Dawno nie bawił się tak dobrze, szczególnie kiedy Peter wpadł do akwarium, pomyślał że ten moment zapamięta do końca życia. Oczywiście nie zawsze było mu do śmiechu. W pewnym momencie Peter wypadł przez okno. Sąsiedzi byli wprawdzie tolerancyjnie, czyli starzy i głusi, ale nawet oni mieli granice, których nie należało przekraczać. Peter szybko wskoczył z powrotem do mieszkania zbijając z nóg Chrisa, który wyglądał przez okno. Z triumfalnym rykiem przerzucił go przez ramię niczym jaskiniowiec i wrzucił go do pokoju. Chris wylądował na niesamowicie miękkiej podłodze z materaców i poduch, starając się jak najszybciej wstać , ale podłoże nie było stabilne, raczej grząskie jak bagno, a Peter szybko znalazł się nad nim, więc pozostawał bez opcji.
- Słuchaj Peter, nie wiem co ci się teraz kłębi we łbie, ale to nie jest to co ktokolwiek z nas by chciał. –
- Mój – Peter chwycił go za włosy eksponując jego szyje. – Zastań.
Chris nieco zmęczony, leżał kiedy powoli adrenalina przestawała działać i zastanawiał się nad własnym życiem i dlaczego skończył tak jak skończył. Czy w poprzednim życiu był seryjnym mordercą? Czy musiał odpokutować jakieś zapomniane winy? Jak to się stało że z poważanego łowcy, przed których drżały potwory, stał się gryzakiem zbzikowanego byłego psychopaty? To wszystko wina jego ojca. Gdyby nie okazał się jeszcze gorszym psychopatą niż Peter, nie byłby w obowiązku pomagać watasze wilkołaków, naprawiać krzywd które wyrządziła jego rodzina. Nie nawiązałby ciepłej, prawie przyjacielskiej relacji z Alfą, i bandą jego nastoletnich bet. To wszystko by się nie wydarzyło.
Peter nie byłby oszołomiony zaklęciem, które najwidoczniej kazało mu się wilkołaczo ustatkować. Albo przynajmniej nie chciałby zrobić tego z Chrisem.
Na co dzień nie mieli zbyt dużo kontaktu. Ironiczna uwaga od czasu do czasu i parę obelg ze strony Petera, oraz pochmurne milczenie i lekkie aluzje gróźb ze strony Argenta, z przewagą ostentacyjnego ignorowania. Ciężko to nazwać podwaliną przyszłego dobrego związku. Nie zaprzecza, Peter jest atrakcyjny, nawet ślepy wyczuwałby ten seksapil. Ale świadomość czyjejś atrakcyjności, a faktyczna relacja to zupełnie co innego. Prawdopodobnie gdy już minie działanie klątwy, Peter będzie żałował wszystkiego co zrobił i obwini Chrisa że mu na to pozwolił. I miałby rację. Jakakolwiek zgoda na umysłowo niestabilnego wilkołaka i jego instynktowne tworzenie legowiska, było by głupotą, którą wszyscy później wspominaliby z zażenowaniem.
Peter już nie wisiał nad nim, lecz wciskał go w poduchy, smyrając nosem po policzku. Zdecydowany zrobić sobie chwilę przerwy na oddech, Argent leżał spokojnie, czując się dziwnie bezpiecznie i komfortowo pod ciężkim, ciepłym ciałem wilkołaka. Pewnie właśnie taką role miała spełniać cała ta farsa z legowiskiem i jego kocami na podłodze. Cóż, każdy w dzieciństwie robił zamki i kryjówki z koców, to było jedynie czymś nieco większej skali. Peter przestał gorączkowo wczepiać się w jego koszule, jakby ze strachu że ucieknie. Śmieszne, jedyne co mógł zrobić, to utopić się w materiale pod nim, bo w żaden sposób nie rozplątałby się z tego wszystkiego dostatecznie szybko. Uścisk jego dłoni zelżał, przesunął ciało, tak że przylegało do boku Chrisa, otaczając go ręką i przerzucając nogę przez jego ciało. Nie dziwiło to Chrisa, sam był zmęczony ciągłą bieganiną. Peter musiał się nieźle nabiegać, nie wspominając już zbudowaniu miłosnego gniazdka dla nich dwojga. To musiało wyczerpać nawet wilkołaka, emocje były zbyt duże. Chris liczył tylko na to, że zaklęcie i chwilowa afekt Petera odejdą jak najszybciej. Albo żeby Deaton zadzwonił z prostym i szybkim rozwiązaniem.
Wsłuchując się w oddech Wilkołaka, Chris zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę relaksu, i zasnął.
