Chapter Text
Z wnętrza mieszkania dobiega wysoki dźwięk. Nasila się, gdy drzwi zostają otwarte, a w progu staje Sherlock, ubrany w ciemne spodnie i gładki T–shirt. Jego stopy są gołe, a oczy podkrążone.
Wygląda, jakby nie spał od tygodni.
– Cześć.
Układam wargi w skąpy uśmiech.
– Cześć. Jak się masz?
– Nienajgorzej, dziękuję. Ty?
– Wyśmienicie. Gdzie Rosie?
– Myje włosy. Wybiera się później na urodziny do Lauren.
Miło, że ktoś mnie uprzedził.
– Niech się pośpieszy. Będę w samochodzie.
Sherlock zatrzymuje mnie, gdy odwracam się, by odejść.
– Poczekaj. Może… – Marszczy brwi i uchyla drzwi odrobinę szerzej; tak, że w polu mojego widzenia pojawia się szafka na obuwie pełna eleganckich półbutów typu derby (a może brogue), bardzo w stylu Sherlocka, i pogardzanych przezeń wciąganych loafersów w różnych odcieniach brązu. Dalej, porzucone niechlujnie w głębi przedpokoju, znajdują się oksfordki Rosie o grubej, lśniącej brokatem podeszwie, z fioletowymi wstążkami w miejsce sznurówek, a pod wieszakiem na płaszcze dostrzegam… – Wejdź. Powinieneś wejść.
Po co? Znowu chce nas zapoznawać?
– Śpieszę się.
A także – moja noga nie postanie w tym mieszkaniu.
– Jesteś pewien, że chcesz rozmawiać o tym na schodach?
W ogóle nie chcę rozmawiać.
– O czym?
Sherlock milczy przed chwilę. Potem mówi:
– Mijają dwa lata.
Dwa lata odkąd wyszedł z domu w środku zimy bez płaszcza, szalika ani portfela – i nie wrócił.
Patrzę na zegarek.
– Wow. – Minęły dokładnie godzinę, kurwa, temu. – Po prostu… Wow. Odliczałeś minuty?
– Pokryję koszty.
Spierdalaj.
– Powiedz Rosie, że czekam w samochodzie.
