Chapter Text
Ciepły, lipcowy wietrzyk wpadał przez otwarte okno, delikatnie muskając odsłonięte firanki. Zachodzące słońce malowało pokój na pomarańczowo. Feliciano uwielbiał letnie wieczory.
Siedział właśnie przy swoim biurku, ołówkiem leniwie szkicując rysunek... talerza makaronu? Cóż, lubił rysować to co kocha, a makaron kochał nad życie.
Nagle przerwał mu dzwonek telefonu. Odwracając głowę w stronę dźwięku, powoli podniósł go. Spodziewał się, że będzie to Ludwig, Gilbert, może nawet Lovino, który, mimo bycia pokój obok, był zbyt leniwy, aby osobiście przyjść i powiedzieć co chciał.
Tekst na ekranie jednak go zaskoczył. Nie była to żadna ze spodziewanych opcji. Nie był to nawet nikt kogo znał. Nieznany numer. Bez zbytniego, a wręcz żadnego, namysłu odebrał.
- Halo? - odezwał się, zdezorientowany i ciekawy intencji dzwoniącego.
Po drugiej stronie przez kilka sekund słyszał szum, aż nagle nadeszło stanowcze chrząknięcie.
- Witaj, Feliciano. Wie-
- Co?! Skąd znasz moje imię?! Jesteś wróżką? Czytasz w myślach?! - przerwał mu, wręcz krzycząc do słuchawki ze specyficzną i nie do końca zrozumiałą ekscytacją w głosie.
Nastało kolejne kilka sekund ciszy.
- Uhm. Można tak powiedzieć - przerwał, dając drugiemu moment na przetworzenie informacji. - Powiedz mi, Feliciano, czego najbardziej się boisz? - wypowiedział te słowa, jakby nie było to wcale dziwne, w tej sytuacji, pytanie.
- Hmm... - chłopak zastanawiał się na głos. - Chyba jakby brakło jedzenia? Nie chcę umrzeć z głodu! Porwanie też nie byłoby za fajne, chociaż gdyby mnie karmili to nie byłoby chyba tak tragicznie! W sumie to boję się jak mam z kimś walczyć! I, w sumie, też byci-
- Okej, okej! Starczy! - mężczyzna po drugiej stronie zirytował się, jego krzyk wyrwał chłopaka z jego słowotoku. - Feliciano, czy boisz się umrzeć?
Zapadła cisza. Nie taka jak przedtem, nie niezręczna lub z zaskoczenia.
Ta była inna. Ta była oznaką grozy. To napewno jakiś głupi żart, ale... w jego głosie nie było słychać rozbawienia ani ironii. Albo był dobrym aktorem, albo jakimś psycholem!
- Co ma pan na myśli...? - Feliciano praktycznie wyszeptał, niepewny i widocznie przestraszony.
- Czy boisz się umrzeć? - nieznajomy jedynie powtórzył pytanie.
Nagle wiatr ustał. Chłopak upuścił ołówek. W jego głowie zaczęły pojawiać się najróżniejsze scenariusze. Z wielkimi oczami wpatrywał się w nicość. Świat jakby się zatrzymał, czas się dłużył.
Nagle, z jakby-transu wyrwał go krzyk jego brata.
- ZUPA! OBIAD! CHODŹ TU! - wydarł się, jakby chciał zwołać sąsiadów z całego bloku.
Włoch instynktownie rozłączył się bez większego namysłu. Momentalnie zapomniał o całym strachu jaki się w nim zebrał. Szybko wybiegł z pokoju, zostawiając komórkę na biurku.
*********
- Wolniej się nie dało? - powiedział na powitanie, jak zawsze poirytowany Lovino.
- Przecież od razu przyszedłem! - argumentował Feliciano. W prawdzie wiedział, że jego brat naprawdę nie jest na niego zły. Równie dobrze mógł odebrać jego uwagę za "cześć, jak się masz?".
Starszy chłopak siedział już przy stole i jadł. Drugi otworzył pojemnik na jedzenie na wynos, lekko zdziwiony na jego zawartość.
- To nie jest zupa - rzekł odwracając się do brata.
- Nie czepiaj się, tylko jedz - odburknął z pełną buzią.
Wstrząsnął więc tylko ramionami i usiadł w krześle naprzeciwko.
********
-Kto do cholery robił ostatnie zakupy?! - wykrzyknął Lovino.
Feliciano, w wejściu do łazienki, zatrzymał się i spojrzał w stronę kuchni. Podrapał się po podbródku, jakby wytężał myśli.
-Wydaje mi się, że ty.
Nie usłyszał odpowiedzi.
Gdy już zamknął drzwi toalety i chciał w spokoju się wypróżnić, usłyszał walenie do drzwi.
-Idź do sklepu! Nie ma wody! - wydzierał się, nie przestając uderzać w drzwi.
- Napij się z kranu!
- Na łeb upadłeś?!
- Ja tak robię, jak nie ma w butelce!
- Bo jesteś jebnięty, marsz do sklepu!
********
Młodszy z braci mozolnie wiązał buty.
-Nie możesz sam pójść~? - przeciągnął końcówkę ostatniego słowa.
-Ostatnio byłem, teraz twoja kolej!
-Wcale nie moja kolej, tylko idę po to, co ty zapomniałeś!
-Idź!
-Okej!
Na dworze było już ciemno. Nocny chłód powoli dawał o sobie znać. Feliciano narzucił na ramiona wiosenną kurtkę i wyszedł z mieszkania.
-Zaraz wrócę! Nie biorę telefonu, jak co! - krzyknął na pożegnanie, zamykając po raz ostatni drzwi.
