Actions

Work Header

Ostatnia wyprawa

Summary:

Raoul wyruszył do Algierii w poszukiwaniu śmierci, ale ponieważ nadal nic nie chce iść po jego myśli, zamiast bohatersko zginąć, dostał się do niewoli. Atos i przyjaciele jeszcze raz łączą siły, by pospieszyć mu na ratunek. (AU do zakończenia „Wicehrabiego de Bragelonne”).

Notes:

Jako że wzięłam przykład z Dumasa, więc za opowiadaniem stoi odrobina researchu historycznego i cała masa wyobraźni XD

Betowała Tina Latawiec ♥

Chapter 1: Pożegnania

Chapter Text

Pierwszym, co przyciągnęło uwagę pana d’Artagnana, gdy skręcił w Rue des Lombards, była przygarbiona sylwetka Grimauda stojącego przed wejściem do cukierni. Na widok starego sługi Atosa, który wedle wszelkiej wiedzy d’Artagnana powinien znajdować się u wybrzeży Afryki wraz ze swoim młodym panem, serce kapitana muszkieterów zabiło mocniej.

Grimaud, dotąd pogrążony w rozmowie z jednym z subiektów, którego d’Artagnan pamiętał jeszcze z czasów, gdy przedsiębiorstwo to należało do Plancheta, także już dostrzegł muszkietera i, ukłoniwszy się z daleka, utkwił w nim spojrzenie tak ponure, że ten mimowolnie przyspieszył. Wyprzedziwszy chłopca, który przed dwiema godzinami przybiegł do Luwru z wiadomością, że w sklepie jego pana oczekuje na kapitana dawny przyjaciel, w paru krokach dopadł Grimauda. Już otwierał usta, by zadać pytanie, które napełniało go taką obawą, ale stary sługa potrząsnął tylko lekko głową i cofnął się, gestem zapraszając d’Artagnana do środka. Domyśliwszy się, że to nie Grimaud był owym przyjacielem, muszkieter jednym susem pokonał dwa schodki prowadzące do wnętrza sklepu.

Dostrzegł Atosa niemal od razu i na ten widok poczuł dziwny ucisk w sercu. Hrabia de la Fère siedział bowiem na tym samym krześle, które przed kilkoma miesiącami zajmował Portos, a nawet w podobnej pozycji, również obserwowany z nabożną czcią przez skupionych w przeciwnym kącie sklepiku subiektów. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. W przeciwieństwie do barona du Vallon, który w jedno popołudnie bez litości spustoszył do szczętu cukiernię Plancheta, Atos wyraźnie odmówił oferowanego przez nowego gospodarza poczęstunku. Zaaferowany obecnością tak dostojnego gościa, który do tego wydawał się absolutnie nic od niego nie chcieć, pan Boyet na widok wchodzącego d’Artagnana, którego znał, jakby odetchnął z ulgą. Kapitan jednak zbył jego entuzjastyczne powitanie zdawkowym słowem i co prędzej zbliżył się do Atosa.

— Wybacz, że musiałeś czekać, kochany przyjacielu, ale jego królewska mość wybrał się akurat na przechadzkę i dopiero po powrocie zawiadomiono mnie o twoim posłańcu. — Wiedział, że nie musi się tłumaczyć, wykorzystał jednak te kilka słów, by przyjrzeć się bliżej Atosowi.

— O nie, to ty mi przebacz, d’Artagnanie, żem się nie pofatygował osobiście, ale Luwr nie bardzo mi się dziś wydaje gościnnym. — Hrabia jak zwykle uśmiechnął się serdecznie na jego widok i gorąco go uściskał. D’Artagnan znał go jednak dość dobrze, by nie dostrzec, że przyjaciel jest blady i zmęczony, a spokój na jego twarzy wydaje się tylko pozorem czy też maską. Obecność Grimauda zaś powiedziała mu resztę.

Początkowo zamierzał zabrać Atosa do siebie, to jest do swojej winiarni pod szyldem Panny Marii, gdzie mogliby się spokojnie rozmówić nad butelką dobrego Anjou. Wyczuł jednak, że przyjaciel ma mu coś ważnego do powiedzenia i nie chce tyle zwlekać.

— Boyet, czy moglibyśmy porozmawiać u ciebie na górze? — zapytał więc cukiernika.

Ten zgodził się od razu, i to bardzo entuzjastycznie. D’Artagnan szybko przekonał się dlaczego — mieszkanko Plancheta, w którym ongi przez jakiś czas pomieszkiwał, musiało przejść w ostatnich tygodniach gruntowny remont. Ściany, podłogi, meble i firanki lśniły nowością, a gospodarz uśmiechał się z dumą równą księciu, który pokazuje gościom swój pałac.

Na nieszczęście dla pana Boyet ani hrabia, ani kapitan nie mieli jednak nastroju na komplementowanie mieszczańskich pokoi. Grimaud zaś, który cicho niczym duch postępował ich śladem, bezceremonialnie wyrzucił biednego gospodarza za drzwi. Następnie sam wyszedł na korytarz, zamknął je cicho i jak za dawnych muszkieterskich czasów swego pana stanął na warcie u progu.

Widząc, że Atos nadal milczy, d’Artagnan w końcu zdecydował się wypowiedzieć na głos nurtujące go, od kiedy ujrzał Grimauda, pytanie.

— Miałeś jakieś wieści od Raoula? — Początkowo chciał powiedzieć „o Raoulu”, w porę jednak ugryzł się w język.

Atos powoli skinął głową i, nadal bez słowa, wydobył jakiś list i podał go przyjacielowi. Wzrok kapitana natychmiast zatrzymał się na zdobiącym papier herbie, który był mu doskonale znany. List pochodził od księcia de Beaufort. D’Artagnan zbladł mimowolnie i zaczął czytać.

Atos cierpliwie poczekał, aż skończy, a dopiero wtedy odezwał się cicho:

— Przyjechałem się pożegnać.

Mordioux! — zaklął d’Artagnan, nim zdążył się powstrzymać. — Chyba nie sądzisz, że popłyniesz tam sam?

— Mam Grimauda — odparł Atos łagodnie. — A ty masz służbę, której nie możesz rzucić.

— Prawda. — d’Artagnan nerwowo przygryzł wąsy. — Posłuchaj, pójdę do króla. Może da mi urlop. A jak nie, to, diable, raz już zrzuciłem ten mundur, zrzucę znowu.

Atos, wyraźnie wzruszony, pokręcił głową.

— Nie ma potrzeby, kochany przyjacielu. Nie jadę tam przecież, żeby walczyć, ale by pertraktować. Czytałeś wszak, co pisał książę. Widziano, jak Raoul dostał się do niewoli. Gdyby wróg chciał go zabić, zrobiłby to od razu. A skoro pochwycili go żywcem, z pewnością zażądają okupu.

D’Artagnan utkwił w przyjacielu smutne spojrzenie. Widział bez trudu, że optymizm Atosa jest sztuczny i że hrabia pragnie raczej pocieszyć jego niż siebie. List księcia, choć oszczędny w słowach, był bardzo wymowny. Wicehrabia de Bragelonne został ranny wskutek szaleńczej szarży na szańce wroga — szarży, która bez wątpienia miała tylko jeden cel. Rzeczywiście czy to w uznaniu dla jego odwagi, czy dlatego, że widziano go przy wodzu i uznano za ważną personę we francuskiej armii, pojmano go żywcem. Skoro jednak do momentu wysłania wiadomości nikt nie zgłosił się po okup, mogło to równie dobrze oznaczać, że Raoul zmarł wskutek odniesionych ran lub też został stracony. Atos musiał być tego wszystkiego równie świadomy — w gruncie rzeczy jednak niczego to nie zmieniało. Jeśli istniała choć najmniejsza szansa, że jego syn żyje, rolą ojca było zrobić wszystko, by go odnaleźć i ocalić.

— Wiesz, że kocham Raoula jak własne dziecko.

— Wiem. — Atos ścisnął go za rękę. — I wiem, że pojechałbyś ze mną, gdybyś mógł. Dlatego chciałem zobaczyć się z tobą przed odjazdem i powiedzieć ci o tym wszystkim osobiście.

„Ach, gdyby Portos żył, gdyby Aramis nadal był z nami…” — pomyślał d’Artagnan gorzko, nie powiedział jednak tego na głos. Nie warto było posypywać solą i tak już bolesnych ran.

— Kiedy opuszczasz Paryż? — zapytał zamiast tego.

— Pojutrze rano. Jutro jeszcze mam spotkanie z prawnikiem. Chciałbym przed wyjazdem uporządkować swoje sprawy.

D’Artagnan ze złością szarpnął koniec wąsa.

— Jutro jego królewska mość jedzie na polowanie — powiedział głucho.

— Zatem pożegnajmy się już dzisiaj — odparł Atos spokojnie z melancholijnym uśmiechem.

— Ale czy masz gdzie spać? — odezwał się d’Artagnan tak, jakby go nie usłyszał. — Zwolniłeś przecież już jakiś czas temu swoje paryskie mieszkanie? Zatrzymaj się w moim domu przy placu de Grève. To będzie prawie tak, jakbyśmy byli razem.

— Dziękuję, kochany d’Artagnanie, ale wynająłem już sobie mieszkanko na te dwie noce nieopodal Luksemburga. Przyznam ci się zresztą, że choć dawniej nieczuły byłem na podobne wzruszenia, dziś nie chciałbym oglądać ani słuchać egzekucji.

D’Artagnan skinął głową, zły na siebie, że po raz pierwszy w życiu brakuje mu słów. Nagle uderzył się dłonią w czoło.

Pardieu, Atosie, przypomniało mi się właśnie, jakie to plotki krążą od paru dni po Luwrze. Wiesz pewnie, że pan de Martel miał przed trzema dniami wyruszyć z Toulonu z posiłkami dla Djidjelli?

— Wiem. Gdyby Grimaud dotarł do mnie choć odrobinę wcześniej, może zdołałbym się zabrać z nimi.

— Nie w tym rzecz. Widzisz, powiadają, że prócz wojsk pan de Martel wiezie rozkaz królewski odwołujący pana de Beaufort i przekazujący dowództwo nad francuskimi siłami w Algierii panu de Galéan.

Que diable! — zaklął Atos po muszkietersku, co nie zdarzało mu się już od dawna. — Jesteś tego pewien, d’Artagnanie?

— Ba, gdybym był pewien, powiedziałbym ci od razu. Problem w tym, że nie było mnie przy tym, gdy jego wysokość przekazywał rozkazy panu de Martel, a zresztą gdybym był nawet, zdaje się, że rozkaz został wydany jedynie na piśmie i tylko ten, kto patrzyłby jego królewskiej mości przez ramię, mógłby wiedzieć, co naprawdę zawiera. Wiem tylko to, o czym się szepcze na pałacowych korytarzach. Że pan de Beaufort i pan de Galéan nie mogą się ze sobą zgodzić od początku wyprawy…

— O, tyle to i mnie wiadomo. Pan de Galéan był ponoć zdania, że lepszym miejscem do umocnienia się przeciw Berberom byłoby Bougie?

— Tak powiadają — potwierdził d’Artagnan. — Książę de Beaufort wybrał zaś Djidjelli i jako że, zdaje się, cienko tam przędzie, król zaczyna się niecierpliwić. Nigdy zresztą zbytnio nie przepadał za księciem, który dotkliwie przypomina mu o sukcesach Frondy. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tej sytuacji zdecydował się przekazać dowodzenie jego rywalowi. Czy znasz pana de Galéan, Atosie?

— Niezbyt dobrze. To, zdaje się, człowiek oddany królowi?

— Bardzo gorliwie oddany. I bardzo ambitny. — D’Artagnan posłał przyjacielowi znaczące spojrzenie. — Jeśli rzeczywiście dostanie dowództwo, będzie chciał wykorzystać swoją szansę i przypodobać się jego wysokości...

— Za wszelką cenę, czy tak? — Atos uśmiechnął się gorzko, dowodząc tym samym, że zrozumiał aluzję przyjaciela. Człowiek, który pragnąłby wkraść się w łaski Ludwika XIV, nie będzie się narażał, by ratować z niewoli byłego narzeczonego królewskiej kochanki.

— Spiesz się, Atosie — powiedział d’Artagnan cicho, nie starając się już nawet ukrywać niepokoju. — Potrzebujesz może pieniędzy?

— Mam wszystko, czego mi potrzeba — odparł Atos i w nagłym porywie czułości przycisnął przyjaciela do serca.

„Wszystko, prócz twojego towarzystwa” — wydawał się mówić ten gest. D’Artagnan, równie jak przyjaciel poruszony, mocno odwzajemnił uścisk.